Przejdź do treści

Minęło sporo czasu, odkąd powstało to zdjęcie. O okolicznościach pisałem dawno temu – zaskakujące łąki, wcale nie w Puszczy Białowieskiej. I one, solidarne żubrze mamy z maluchami. Po tych wszystkich miesiącach nie wiem, co myśleć o przyrodzie, czego się spodziewać. Niby chwilowo jest nieźle, zima, jest zimno, popaduje śnieg, co daje szanse lasom na odżycie, a żubrom na nieco spokojniejsze bytowanie. Oby tak właśnie było. Szczęśliwego 2026!

Kolejne – prawie na pewno nie ostatnie – sięgnięcie do archiwum skandynawskiego. Poranek, trochę przypadkowa pobudka, dostrzeżenie szansy w widocznej w przedporannej ciemności mgle. W sierpniowym zimnie – 5 stopni – krążyłem samochodem wśród niewielkich jezior w południowej Szwecji. Nie wiem, ile bym zapamiętał z tego konkretnego miejsca, gdyby nie zdjęcie. Tych jezior było kilka, przy każdym spędzałem przynajmniej 20 minut, a poranny spektakl światła, który czasem trwa raptem kwadrans, tu życzliwie się przeciągał. Na camping wróciłem pełen najlepszych przeczuć.

Kiedykolwiek publikuję zdjęcie ptaka, przychodzi mi do głowy taka refleksja, że one są łatwiejsze do udokumentowania na zdjęciu niż ssaki. Są co prawda mniejsze, bywają bardzo płochliwe i zwykle szybko się przemieszczają, ale jednak jest ich bardzo dużo. Nie dotyczy to jednak bielika. Choć nie jest to gatunek zagrożony, to trudno go uznać za często spotykany. Populacja w Polsce szacowana jest na 1000-1400 par, w Norwegii (tam, na wyspie Runde zrobiłem to zdjęcie) – 2800-4200 par. Czyli wielokrotnie mniej niż popularne ssaki typu sarna, jeleń czy łoś.

Wspominałem o tym, że jest w Puszczy Białowieskiej takie miejsce, gdzie żubry występują na tyle często, że zrobienie im dobrego zdjęcia trudno uznać za coś wyjątkowego. Ostatnio jednak ich tam nie widywałem, zresztą – mnie każde spotkanie z dzikim zwierzęciem, a z żubrem w szczególności, cieszy ogromnie. Miło jest też patrzeć na szczerą fascynację zagranicznych fotografów fotografujących żubry w Puszczy Białowieskiej. Wszak w innych częściach Europy tych zwierząt nie ma. Jeśli uda się żubrowi zrobić jakiś nietypowy portret, np. a w rzadko spotykanej koniunkcji z pliszką, radość jest jeszcze większa.

„Ptak na patyku” to w narzeczu fotografów przyrody serdecznie kpiące określenie niezbyt oryginalnego zdjęcia. Takiego, które mogłoby trafić do atlasu ptaków, ale raczej nie na wystawę. Choć uczciwie przyznaję, znam zdjęcia ptaków na patyku tak perfekcyjne, że mimo braku wyjątkowości robią wrażenie.
Mam nadzieję, że powyższe zdjęcie wykracza poza szablon. Wykonane jeszcze niemal po ciemku, nieporuszone tylko dlatego, że czaple się nie wierciły (oczywiście zrobione ze statywu). Po zrobieniu nie miałem pojęcia, czy i co wyszło – na ekranie aparatu niewiele było widać. Bardzo jednak liczyłem ten wyjątkowo oświetlony poranek w unikatowym miejscu (Stawy Milickie) będzie obfitował w mocne doznania.



To był uroczy pomysł. Kolega Marcin zarzucił koncepcję, żeby zamiast zależeć od szczęścia w Kampinoskiej, która się Puszcza (wyjdą te zwierzęta czy nie wyjdą?) ruszyć w miasto o poranku. Bo kamienica nie ucieknie. Kolega Paweł zaaprobował pomysł, a ja się chętnie przyłączyłem. Nie wyszło mi nic godnego uwagi, jeśli chodzi o fotografię miejską. Ale poranne światło było śliczne, a po warszawskiej Starówce kręci się sporo ptaków. Niekoniecznie egzotycznych, ale cudownie moim zdaniem wpasowujących się w miejski pejzaż.
Miasto czy las – ptaki są fajne.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że drzewa w tym miejscu umierają. Jednak to miejsce to bagno (Bagno Bocianowskie k. Celestynowa pod Warszawą). Na bagnach drzewa mają się źle. Jeśli kiedyś wyrosły, to w miejscu, które potem pokryło się wodą i nią nasiąkło, ich korzenie nie mają dobrych warunków. Stąd typowy widok kikutów drzew na mokradłach.
Jednak to miejsce faktycznie chyba umiera. Bagno bowiem wysycha, jak wiele takich miejsc na Mazowszu. Ciągle można się tu zapaść w grunt, nadal jest tu piękne, zwłaszcza gdy poranek łączy mgłę ze światłem podnoszącego się Słońca. Ale widać już to coś, co powoduje obawę – ślady po wodzie zamiast wody.

To zdjęcie w zasadzie nie jest mojego autorstwa. Tj. – ja nacisnąłem spust, był to mój aparat, ja je potem poddałem postprodukcji. Ale tę scenkę wypatrzyła pewna elokwentna i bardzo miła Pani, z którą spędziłem tamten poranek i której nigdy więcej nie spotkałem.
Kobiety widzą inaczej, od dawna uważam, że w fotografii istnieje kobieca wrażliwość i kobieca umiejętność spojrzenia, która pozwala wypatrzeć coś, co statystyczny mężczyzna przeoczy (dobrze, jeśli na to nie nadepnie), Ta wrażliwość pozwala dostrzec mały detal, teksturę, grę kolorów i owady – gdy ja omiatam wzrokiem okolicę szukając łosi albo przynajmniej czapli



Tęsknię za Szwecją i Norwegią, choć za każdą z tych krain inaczej i w każdej z nich za czym innym. O Szwecji i jej łagodności jeszcze kiedyś napiszę.
Dziś kilka słów o Norwegii. Dwie rzeczy zapisały mi się w pamięci. Po pierwsze to, że często pejzaż tam to kompozycja 3 żywiołów. Woda w postaci fjordów i morza, ziemia w ekstremalnej formie gór i skał i – wiem, to trochę naciągana interpretacja – powietrze w postaci chmur, które w końcu są również wodą.
Po drugie – te obrazy wyglądają groźnie i surowo. Jadąc ze Szwecji do Norwegii czułem pewien niepokój. Nadchodzące dni miały być pochmurne i deszczowe. Ale… Nie było burz, nie było wichur (poza urwiskami wyspy Runde). Deszcze nie były ulewne. Więc może nie groza? Może to za mocne słowo? Natomiast że te widoki były czystym pięknem – tego byłem i jestem pewien. I wiem, że za rok znów tam pojadę, prawdopodobnie na jeszcze dłużej.


Wróciłem z objazdówki po części Szwecji i Norwegii. 3 tygodnie na campingach, spanie w mojej furgonetce. Prawie codziennie marsze z aparatami. Krótko mówiąc, wyjazd-nieszczęście (z różnych powodów) i wyjazd-marzenie jednocześnie.
Staram się skupić na tych genialnych momentach. Mimo trudnej pogody oba kraje dostarczyły mi całkiem sporo genialnych widoków.
Pierwsze zdjęcie to podsumowanie doświadczania Szwecji z jej usłanymi głazami lasami i jeziorami z kamienistymi cyplami. Tego poranka zbudziłem się przypadkiem jeszcze przed świtem, a wyjrzawszy z samochodu zobaczyłem kumulujące się poranne mgły. Postanowiłem wstać, przejrzeć mapę i znaleźć w okolicy jeziora z czystym widokiem na wschód. Poranne zamglenie trwało ponad 1.5 godziny.
Druga fotografia oddaje kapryśność pogody w Norwegii w ekstremalnej wersji. Zdjęcie powstało na wyspie Runde, na której urwistych brzegach szukałem maskonurów (niestety, odleciały wcześniej niż zazwyczaj) i głuptaków (które udało mi się znaleźć). Cały czas wiał porywisty wiatr, a chmury na zmianę mieszały się ze światłem słonecznym albo przynosiły zacinający deszcz.